niedziela, 27 lipca 2014

Rozdział 16 - KONIEC

Minęło kilka dni. Ja z Mike'em wszystko sobie wytłumaczyliśmy. Jesteśmy parą. Dawniej już, bezdomni życzą nam szczęścia. Odwiedzamy się nawzajem. Nasza przyjaźń kwitnie. Znajdujemy nawet przyjaciół w naszej nudnej szkole. Wszystko idzie jak najlepiej. Za tydzień wybieramy się na koncert do Wrocławia. Jesteśmy podekscytowani. Jadą z nami jeszcze Jackson, Grinie oraz Sonia - przyjaciółka z klasy. Zawozi nas granatowym samochodem jej tata. To miło z jego strony, że zgodził się na to. Przecież to kawał drogi!
Czuję, że dosięgnęłam szczęścia. Nic już złego nie może się wydarzyć! Mike mnie kocha, z resztą tak jak przyjaciele. Ja im odwzajemniam to uczucie. Dni spędzam ciekawie. Małe wypady na miasto czy na zakupy z nimi to czysta przyjemność! Wczoraj byliśmy w wesołym miasteczku. Nigdy nie czułam się tak dobrze. Dalej jednak tęsknię, i pewnie będę tęsknić za moim tatą. Brakuje mi go. Mike'owi brakuje jego dawnych ''przyjaciół''. Teraz twierdzi, że nie może ich już tak nazwać. Nawet gdyby chciał. Oni sprowadzili go na złą drogę. Jednak szkoda, że ich z nami nie ma.
Święta wielkanocne spędzimy u mnie w domu. Wszyscy razem. Jesteśmy przecież jak rodzina! Tyle razem przeszliśmy. Eh... Było minęło. Oby pojawiło się jeszcze więcej takich wspaniałych rzeczy (mam na myśli tylko te dobre). Wiem, że mogę liczyć od nich na wsparcie. I kto by pomyślał? Zaczęło się po Bożym Narodzeniu... spotkałam Jacksona. On zaprowadził mnie do reszty, których również obdarzyłam pomocą. Nigdy tego nie zapomnę. Jestem im wiele wdzięczna. Ufamy sobie bezgranicznie, i to jest najważniejsze! Na zawsze razem.
To już koniec tego opowiadania. Nie załamuje się tak. Mam nadzieję, że wam się podobało. Jutro prawdopodobnie,  zacznę nową opowieść, sama nie wiem jeszcze o czym. Może macie jakieś pomysły? Piszcie w komentarzach lub na czacie na końcu bloga. 
Rigby

Rozdział 15

Mama wróciła wieczorem. Dalej siedziałam w swoim pokoju. Cały czas myślałam. Przyszła do mnie. Nic nie mówiła. Zaprowadziła mnie do kuchni. Pokazała okno. Ujrzałam Mike'a. Dalej tam siedział. Burknęłam tylko i poszłam do siebie. Kobieta zrozumiała moje zachowanie. O nic nie pytała. Czasem tylko znowu spojrzała przez okno, a chłopak dalej tam był.
Następnego dnia wyszłam rano do sklepu bo świeże pieczywo. Lubię robić tam zakupy. Mike siedział zmarznięty przed bramą. Był cały mokry. Nocą padał mocny deszcz. Niechętnie wpuściłam go do domu, by się ogrzał i wypił gorącą herbatę. Mama zrobiła mu kanapki. Nie siedziałam z nim długo,a nasza rozmowa była z mojej strony szorstka.
-Wybaczam. - powiedziałam w jego stronę kiedy wychodził z domu. Chłopak odpowiedział szczerym uśmiechem. Widać, że się cieszy.
Wiem, że bardzo krótki, oraz, że dawno nie było rozdziałów. Przepraszam. Są wakacje i nie zamierzam ciągle gnić w domu ;) Jeszcze wieczorem jeśli dam radę napiszę 16. Jutro może też dwa?
Rigby

wtorek, 22 lipca 2014

Rozdział 14

Nastał ostatni dzień ferii zimowych. Za oknem paradowała spokojnie wiosna. Wstałam dzisiaj jak zwykle o 8.00 z niewielkim zapałem. W końcu spotkam się dzisiaj z osobą, której wolałabym nie widzieć. Zeszłam na dół, zrobiłam śniadanie dla mamy, Grinie i mnie. Monika zabrała później kobietę na Gdańską. Grinie już wyzdrowiała i uparła się by tam powrócić. Dom do wynajęcia jej już znalazłyśmy a od jutra zaczyna pracę. Wszystko szłoby po jak najlepszej myśli, gdyby nie Mike...
Dotarłam na umówione miejsce trochę wcześniej. On jednak już tam na mnie czekał.
-Cześć Meg! Jesteś. - przywitał się z uśmiechem.
-Tak, ja to nie ty. - wypomniałam mu.
-Meg... proszę... daj mi wytłumaczyć. - mówiąc to chciał złapać mnie za rękę. Ja się odsunęłam.
-Co chciałeś? - odparłam szorstko.
-Przepraszam...ja nie chciałem.
-Ale to zrobiłeś! Okłamałeś mnie i naszych przyjaciół! Widziałam ciebie! Grinie też! Byłeś przed galerią! Kłamca.
Chciałam odejść i nie mieć już z nim nic do czynienia. Mike mi na to nie pozwolił. Złapał mnie za rękę i...przytulił. Zdziwiłam się. Z oczu zaczęły spływać mi łzy. Problem w tym, że nie wiem, czy są to łzy szczęścia, czy smutku? Ludzie z kawiarni patrzyli się na nas. Wtedy Mike wyszeptał mi w ucho Kocham cię. Rozpłakałam się jeszcze bardziej. Ale...ale mnie okłamałeś... Odpowiedziałam.Daj mi wytłumaczyć. Prosił. Dobrze... tylko wyjdźmy stąd. Ludzie się na nas gapią.
Wyszliśmy. Chłopak zaprowadził mnie do parku. Usiedliśmy na ławce. Mój gniew nie przeminął. Wycierałam z twarzy łzy. On patrzył się na mnie. Powiedziałam mu szorstko, że może już mówić.
-Meg. Przepraszam. Nie chciałem byś się dowiedziała.
-No tak... bo kłamstwo się wyda. - przerwałam.
-To nie tak! Ta dziewczyna, z którą mnie widziałyście. To jest moja kuzynka. Pomagała mi z wyborem kwiatów. Nie jestem dobry w tych klockach.
-Nie trzeba było kłamać! - krzyknęłam. On doskonale wie, jak bardzo nienawidzę kłamców! Są inne metody!
Poszłam do domu. Miałam dość. Nie chcę go już widzieć! Szłam szybkim krokiem. Prawie biegłam. Po policzkach ciekły łzy. Wybrałam drogę na skróty, by przyjaciele z Gdańskiej mnie nie widzieli. Nie chcę ich zamartwiać. Dotarłam w końcu na miejsce. Mamy nie było. Grinie też. Trzasnęłam drzwiami. Mike czekał przed furtką. Widziałam go przez okno. Wzięłam kwiaty z kuchni, wyszłam i rzuciłam nimi w niego z krzykiem Odejdź stąd! I nie wracaj! Zamknęłam furtkę, by nie wszedł na posesję. Poszłam do pokoju. Nie wiem co się dalej działo. Jak on tak może? Okłamał mnie, i jeszcze wmawia, że kocha? Gdyby kochał, to by nie kłamał. Tym bardziej, zę wie jak bardzo tego nie lubię!
Jak się podoba? 
Jest już czat! Na próbę, ale jest! Może zostanie? 
Regulamin również dodany! Zapraszam do przeczytania
Rigby :3

poniedziałek, 21 lipca 2014

Rozdział 13

Długo nie chciałam wychodzić ze swojego ciemno-zielonego pokoju. Zebrałam się jednak po wielu godzinach słuchania muzyki. Pożegnałam się z mamą, właśnie wychodziła do pracy. Poszłam do Grinie. Spytałam się czy czegoś nie potrzebuje. Ta zmieniła jednak temat, chcąc wiedzieć co się konkretniej stało. Nie miałam ochoty opowiadać. Kobieta się z tym pogodziła, uśmiechnęła się  i powiedziała mi, co się stało pod moją ''nieobecność''. Zdziwiłam się. Przez ten czas, kiedy próbowałam się ogarnąć, Mike stał pod moim domem czekając na mnie. Gdy podeszła do niego mama, schował za siebie bukiet kwiatów. Zarumienił się. Spytał czy wyjdę do niego. Mama zaprzeczyła, domyśliła się, że to przez niego byłam w tym stanie. On jednak długo jeszcze na mnie czekał. Nie pojawiłam się, więc zostawił kwiaty na ławce przed domem, z karteczką:
Spotkamy się? Musimy pogadać.
Mike.
Zapytałam się Grinie gdzie te kwiaty. Odparła, że Monika (moja mama) włożyła je do wazonu, stoją w kuchni. Przeprosiłam kobietę i poszłam po nie. W całej kuchni unosił się ich zapach. Jeśli Mike myśli, że uda mu się mnie przekupić, to nawet nie wie jak mocno się myli. Długo jednak myślałam, w końcu napisałam do niego SMSa:
Dobra. Kiedy i gdzie?
Po niedługim czasie dotarła wiadomość:
Cieszę się, że się zgodziłaś. Może jutro o 12 w kawiarni przy rynku?
Odpowiedziałam niechętnie. Nie byłam pewna, czy dobrze robię. Ale chyba każdy zasługuje na drugą szansę? 
Ok. 
W głowie panował mi mętlik. O czym chciał porozmawiać? Nie dowiem się, dopóki się z nim nie spotkam. Poszłam później do Grinie, kobieta jednak zasnęła więc zostawiłam ją w spokoju. Nic dziwnego, że śpi. Dochodzi już 22.00. Sama niedługo później zasnęłam. 
Podoba się? Ciekawi co dalej? 
Rigby

niedziela, 20 lipca 2014

Do czytelników! ;)

Kochani! Cieszę się, że jest was coraz więcej, że liczba wyświetleń rośnie. Na prawdę, brakuje mi powietrza w płucach kiedy widzę nowe komentarze! Pomyśleć, że komuś się to podoba? :) Dziękuję wam! Wpadłam jednak na pomysł, że może prócz czytania bloga, chcecie popisać ze sobą nawzajem, lub nawet ze mną na czacie? Mogłabym dodać czat ze strony xat.com :) Co wy na to? Jeśli będą... 3 komentarze za (od 3 innych osób) to dodam! :) Napiszę również do niego regulamin, abyście sobie nie pozwalali na obelgi ;) Trochę kultury! :D
Podoba się pomysł? Piszcie w komentarzach inne propozycje! 
Pozdrawiam was ;*
Rigby

Rozdział 12

Nie wychodziłam już później. W domu mama przygotowała pokój dla Grinie. Wyglądał ślicznie. Niebieskie ściany wspaniale pasowały do ciemnego drewna od łóżka. Pościel w kolorach kremowych również świetnie wyglądała. Kobiecie spodobał się jednak najbardziej ciemny regał naprzeciwko łóżka. Na niskiej szafce stał telewizor, aby Grinie się nie nudziła, kiedy nie będzie nas w domu. Mamy do niej zaufanie. Wiemy, że nas nie okłamuje, że jest chora, że nas nie okradnie.
Następnego dnia przyszli wszyscy przyjaciele, prócz Mike'a, w odwiedziny. Grinie opowiadała o wszystkim, nie wiadomo jak mocno nas zachwalała. Nie robiłyśmy przecież nic takiego! Kupiłyśmy jej leki, pilnujemy by je brała. Gotujemy dla niej obiady i robimy śniadania czy kolacje. Zajmujemy się nią, jakby była członkiem naszej rodziny. To nic dziwnego. Jednak ona, tak dawno już nie doznała takiego ciepła... Moja mama ma dzisiaj szukać pracy i mieszkania do wynajęcia dla Grinie.
Po wizycie, odprowadziłam przyjaciół. Zeszło się dłużej niż zwykle. Jackson'a, Michael'a oraz Torie do domów. Na Gdańskiej zostałam jeszcze chwilę z Jordan'em, Kolie, Holly. Gadaliśmy o Mike. Nie zachowywał się tak wcześniej. Może, już mu się polepszyło, znalazł sobie lepszych przyjaciół, a nas zostawił? Nie chcieliśmy tego. Wszyscy się na nim zawiedliśmy.
-Kochani... może to nie tak? Może nam to jeszcze wytłumaczy? - mówiłam. Sama jednak słabo w to wierzyłam.
-Kto to? - spytał się Jordan i wskazał palcem na kogoś. To był Mike!
-A nie mówiłam? Przyszedł!
Po moich słowach podszedł do nas uśmiechnięty. Wyglądał, jakby nie poczuwał się do winy.
-Witajcie! - krzyknął.
Nikt nie palił się do odpowiedzi.
-Cześć. - odezwałam się bez entuzjazmu.
-Co się stało?
-Może ty nam powiesz? - zaczęła Kolie.
-Jak to? Nie rozumiem? Meg? - szukał u mnie ratunku. Jednak ja stałam po stronie bezdomnych.
-Dlaczego nas wystawiłeś? - powiedziałam szorstko. - Doskonale wiedziałeś, że Grinie jest chora. Mieliśmy załatwić wspólnie jej opiekę oraz poszukać domu dla reszty. Po za tym widziałam ciebie wczoraj, przed galerią. Pisałeś, że jesteś u cioci. Wyjaśnij.
-To nie tak jak myślisz!
-To jak? - zdenerwowałam się ale nie krzyczałam. - Ufaliśmy ci a ty nas opuściłeś w potrzebie! Na dodatek kłamałeś! Nie gniewalibyśmy się gdyby ten SMS był prawdą! Dlaczego to zrobiłeś? Nie zależy ci na nas? Nie chcesz już im pomagać? - z tymi słowami pokazałam na bezdomnych - Znalazłeś nowych przyjaciół? Powiedz a nie nas okłamujesz! Zawiodłam się na tobie. Nie tylko ja. Wszyscy.
Nie chciałam już go słuchać. Poszłam do domu ze łzami w oczach. Wyrzuciłam wszystko z siebie. On doskonale wie, że nie toleruję kłamstwa i takiego zachowania.
Kiedy już dotarłam na miejsce, Grinie wraz z mamą siedziały w kuchni. Nie wiedziały co się stało. Szybko jednak chora kobieta się domyśliła. Wytłumaczyła to mojej matce. Chciały ze mną pogadać, ale zamknęłam się w pokoju sama ze swoimi myślami. On się nie zmienił! Dalej będzie tym samym łobuzem! Dalej będzie kłamał! Dalej będzie ranił innych!
                                                                                     Rigby

sobota, 19 lipca 2014

Rozdział 11

Mijały tygodnie. Wreszcie przyszła do naszego miasta wiosna! Chyba każdy za nią tęsknił. Za kilka dni moje urodziny. Już niedługo, na kark wejdzie mi 17'stka. Kiedy te lata minęły? Jeszcze pamiętam podstawówkę... Miałam przyjaciół, bo starałam być taką jak oni. Teraz się z tego śmieje. Gdyby tak pomyśleć, to dalej mam przyjaciół, ale innych, lepszych, którzy kochają mnie za to kim jestem, a nie za to, kim staram się być. To jest w życiu najważniejsze. Być sobą.
Zaczął się ostatni tydzień ferii zimowych. W tym roku są późno. Może to i dobrze? Dopiero jest 2 marca. Ostatnie śniegi topnieją. Inni gniją w szkołach, a my witamy wiosnę.
Szłam właśnie na spotkanie z Mike'iem. Mieliśmy obgadać sprawę dotyczącą Grinie - biedna kobieta zachorowała. Ufaliśmy sobie, i oboje wiemy, że możemy na sobie polegać. Dzisiaj było jednak inaczej. Wychodziłam już z domu, kiedy przyszedł SMS:
Cześć Meg. Sorki, nie przyjdę dzisiaj. Mojej cioci coś się stało i jest w szpitalu. Muszę u niej być. Nie gniewaj się. 
Eh... No trudno. Widać sama muszę podjąć decyzję z Grinie. Szkoda.  Poszłam więc do reszty przyjaciół. Może oni mnie nie wystawią? Dotarłam w miarę szybko. Obgadałam z nimi sprawę. Grinie zgodziła się zostać u mnie na czas choroby. Ledwo ją do tego namówiliśmy. Zabrałam jej rzeczy, i poszliśmy. Po drodze opowiadała mi, że Jackson, Michael i Torie znaleźli dom! Dalej odwiedzają resztę znajomych na Gdańskiej. Spędzają tam mniej czasu, ale ważne, że są! Kobieta pytała się mnie, dlaczego nie ma Mike ze mną. Nie wiedziałam za bardzo co powiedzieć. Wiem tylko tyle, że jest u swojej cioci w szpitalu. Tak też brzmiała odpowiedź. Szłyśmy dalej. Mijałyśmy galerię handlową. Nie uwierzyłam, kiedy usłyszałam Grinie.
-Meg, a to nie Mike tam stoi? 
Spojrzałam. Faktycznie, to był on! Czemu mnie okłamał? 
-Niemożliwe. Miał być u cioci...
-To ta ciocia to całkiem niezła. Chyba w jego wieku? Taka młodziutka. Zobacz! Kwiaty trzyma.
-Cóż... Nie wtrącajmy się. - zamurowało mnie. Rozumiem. Ma dziewczynę, czy chce ją mieć. Ale to chyba nie powód, żeby nas okłamywać i zostawiać przyjaciół w potrzebie? Dobrze wie, że Grinie jest chora! Może bał się, że będzie u niego?
                                                                                                           Rigby

piątek, 18 lipca 2014

Rozdział 10

Kiedy dotarliśmy na miejsce Mike zdziwił się, że osoby które mu przedstawiłam są bezdomne. Ubrane w lepsze ciuchy, niepodziurawione. Jackson opowiedział mu całą historię. Chłopak uważnie słuchał, zadawał czasem pytania. Kiedy mój przyjaciel skończył, Mike się zawstydził.
-Co jest? - powiedziałam w jego stronę.
-Przepraszam was... - odparł do bezdomnych. - ... za mnie, za moich zmarłych już przyjaciół... szczególnie ciebie Jackson.
-Za co? - spytał się mężczyzna.
-To my skopaliśmy ciebie wtedy... - po jego oczach zaczęły spływać łzy.
Zdziwiłam się reakcją Jacksona. On go przytulił, niczym swojego syna. Wybaczył mu już dawno. Mike płakał na jego ramieniu.
-Chłopcze spokojnie. Jak widzisz, dzięki pomocy twojej koleżanki, poradziliśmy sobie. Dziękujmy Bogu za nią. - spojrzał na mnie - A ty się już nie przejmuj. - uśmiechnął się w jego stronę.
Po godzinie poszliśmy od, teraz już, naszych przyjaciół. Mike odprowadził mnie do domu. Na końcu podziękował mi, za to, że zapoznałam go z bezdomnymi. Dalej jest mu trochę wstyd za swoje czyny. Pożegnaliśmy się.
***
Minęło kilka dni.Wraz z Mike zaczęliśmy się przyjaźnić i codziennie odwiedzamy bezdomnych. Dzisiaj mamy ugotować dla nich obiad u mnie w domu.  Po szkole poszliśmy na zakupy, potem do mnie. Okazało się, że niezły kucharz z Mike'a. Wiele mnie nauczył. Zapakowaliśmy jedzenie i ruszyliśmy na Gdańską. Przyjaciół odnaleźliśmy bez problemu. Nakarmiliśmy, pożartowaliśmy. Nie wiedzieć kiedy, zapadł wieczór i musieliśmy się rozstać. Mike jak zawsze odprowadził mnie pod dom, oraz pożegnał słowami Do jutra! z uśmiechem na twarzy. Cieszę się, że kolejna osoba jest dzięki mnie szczęśliwa. Moja mama nie ma już nic do moich dorosłych przyjaciół. Sama również z czasu ich odwiedzi, zaniesie obiad, czy nawet da trochę pieniędzy. Jestem z niej dumna. I pomyśleć, że ludzie potrafią zmienić się na lepsze?

                                                                         Tym razem weselszy ;) 
                                                                                                  Rigby

środa, 16 lipca 2014

Rozdział 9

Nastał ranek. Słońce pojawiło się już na niebie. Ubrałam się w ubrania koloru czarnego. Nie założyłam czapki na dredy. Związałam je w ''kok'' jeśli tak to można nazwać. Zeszłam na dół. Mama zrobiła dla nas śniadanie. Zjadłam, wypiłam ciepłą herbatę. Pojechałam do szkoły samochodem. Jest już poniedziałek. Poprzedni tydzień szybko zleciał, wiele się w nim tez wydarzyło. Zbyt wiele...
W gimnazjum wszyscy wiedzieli o śmierci mojego taty. Nie za bardzo mi pasowało, kiedy każdy do mnie podchodził z współczuciem. Jednak doceniam ich miłe słowa. Zabolało mnie jednak, że to nie jest szczere. Na pewno. Dlaczego? No proszę was! Czy gdyby mój tata nie umarł, to ktokolwiek by do mnie podszedł? Zagadał? Nie. Kiedy zapomną, też znowu zostanę sama.
W pewnym momencie podszedł do mnie Mike. On też chciał mnie ''pocieszyć''.
-Przykro mi, z braku twojego ojca... - powiedział głosem smutnym, trochę cichym. Widać było, że jest przybity.
-Mi też... Powiedz, jak się czujesz? Nie ma już chłopaków...
-Nie obraź się. Przed tym tragicznym wypadkiem, byłaś sama. Prawda? - przytaknęłam głową i pozwoliłam mu kontynuować- Otóż ja czuję się jak ty wtedy. Sam. Bez przyjaciół. Rodzice wyjechali w delegację. Jestem jak... - nie wiedział co powiedzieć.
-Bezdomny? - narzuciłam pomysł.
-Tak. Jak bezdomny... - na jego twarzy pojawił się jeszcze większy smutek.
-Otóż... W sumie co ja będę tłumaczyć? Pójdziesz ze mną gdzieś po szkole?
-N-no dobra... Tylko gdzie?
-Do moich przyjaciół. Mi pomogli. Sądzę, że tobie też. - uśmiechnęłam się. Widać było, że Mike się spłoszył. - Nie martw się! Oni są właśnie bezdomnymi. Zobaczysz, jak się ich życie zmieniło!
-Pójdę. Co mam w sumie do stracenia?
Zadzwonił dzwonek. Kolejne lekcje zdawały się wydłużać. W końcu jednak się skończyły! A my mogliśmy iść na Gdańską. Do moich przyjaciół!


                                   Dziękuję! Za pierwszy komentarz! (oby było
                                   ich więcej ;) ) Za ponad sto wyświetleń! Nie 
                                   spodziewałam się, że komuś może się to 
                                   spodobać! Dziękuję Wam! Mam nadzieję, 
                                   że będzie tak dalej! Albo i lepiej!
                                                                            Rigby

poniedziałek, 14 lipca 2014

Rozdział 8

To już koniec? Zabiłabym się, ale... nie mogę. Nie potrafię. Trochę więcej optymizmu Meg! Głowa do góry! Ale jak?! Tata... W pewnym momencie weszła do mojego pokoju mama. Powiedziała, że nie muszę iść w tym tygodniu do szkoły z powodu żałoby. Jutro jest pogrzeb taty. Dzisiaj z kolei jest Toma i reszty. Ostatnie pożegnanie. Pójdę tam. Jeśli dam radę. Eh.. Mike na pewno da radę, a on bardziej przeżywa odejście chłopaków. Tak jak ja, tęsknię za moim tatą. Mama powiedziała, że wzięła sobie dwutygodniowy urlop. Praca jeszcze bardziej by jej przypominała... Oczy miała czerwone od łez. Co teraz zrobimy? Muszę się komuś w końcu zwierzyć z problemów... Ale jej jeszcze nie ufam do końca... Bezdomni! Może to dziwnie zabrzmi, jednak im bardziej ufam. Wybrałam się więc zaraz po pogrzebie do bezdomnych. Zapłakana. Może nie przepadałam za tą klasową bandą, ale jednak będzie mi ich brakować.
-Meg. Co się stało? - zapytała mnie Grinie.
-Kochani... Mam tyle problemów... Pomóżcie!
-Słuchamy.
-Może na początek, czemu płaczę? Otóż, w moim życiu dzieje się mnóstwo nieszczęścia. Właśnie wracam z pogrzebu kolegów z klasy. Zginęli w wypadku samochodowym. Wczoraj zmarł mój tata. Ktoś na niego napadł. Nie wiem co mam robić! Życie jest okrutne... - znowu poleciały mi łzy. Nie mogłam się powstrzymać od płaczu.
-Megan! I kto to mówi? - zaczął mówić Jackson - Spójrz na nas. Kiedyś samotni bezdomni, z brakiem jakiejkolwiek nadziei na lepsze jutro. A potem pojawiłaś się ty. Pamiętam jak ciebie spotkałem. Pomogłaś mi i reszcie. Do dziś jesteśmy ci za to wdzięczni! To ty wypełniłaś nasze życie radością, optymizmem, nadzieją, wiarą, miłością! Meg! Nie możesz się martwić! Wiem... - teraz zesmutniał- ...strata bliskiej ci osoby, to potworny ból. Moja rodzina również zginęła w wypadku. Zostałem sam, jak stałem. Bezdomny, biedny. A teraz? Teraz pełny szczęścia, znalazłem pracę. A niedługo może i mieszkanie? Oni zresztą też. No spójrz na nas. Czy byłoby tak, bez ciebie? Nie!
-Kochanie... - kontynuowała Grinie - Nie płacz! Nie jesteś sama! Masz matkę, Dorie, klasę i... nas!
-Dziękuję. - dalej leciały mi z oczu łzy, tym razem, szczęścia. Przytuliłam wszystkich. - Muszę iść już. Odwiedzę was niedługo. Mama na mnie czeka. Jeszcze raz dziękuję wam!
-To my tobie dziękujemy! - powiedziała Grinie.
Odeszłam. Machaliśmy do siebie nawzajem. Mam przyjaciół. Ja, klasowa ofiara. Co nie ma szczęścia. Ofiara losu. Do domu wróciłam już szczęśliwsza. Pocieszyłam matkę tak, jak mnie Jackson, Grinie i reszta. Opowiedziałam jej jeszcze, co się w moim życiu działo, kiedy była zajęta pracą. Wybaczyłam jej to. Była ze mnie dumna. Od jutra będzie lepiej! Nie wiem, czy zacznę się uczyć... ale, będzie lepiej! Wierzę w to!

,,(...)Gdybym skończył te wszystkie szkoły, byłbym teraz skończonym idiotą.'' ~Bob Marley
                                                                               Rigby

niedziela, 13 lipca 2014

Rozdział 7

Wróciłam do domu późno. Rodzice już skończyli pracę. W domu panowała inna atmosfera niż zwykle.
-O, jesteś już?- powiedziała matka. Pierwszy raz zauważyła mnie od razu. Z jej głosu wyczuwałam niepokój, strach.  
-Jestem. Coś się stało? - spytałam. Po jej policzkach, zaczęły spływać łzy. Niczego nie rozumiałam. 
-Córciu... - tylko tyle zdołała powiedzieć. Sama nie wiedziałam jak zareagować. Gdzie jest ojciec? Co się stało?  
-Mamo. Powiedz, co się dzieje? Gdzie jest tata? Mamo! - przestraszyłam się.
 Przytuliła mnie. Pierwszy raz od kilkunastu lat. Musiało się coś stać! Płakała mi na ramieniu.
-Zostałyśmy same... -  ledwo to z siebie wyrzuciła.
Jak to same? Nie rozumiem. Przecież...
-A tata? Gdzie jest? 
-On... - próbowała powstrzymać łzy - już nie wróci. Ktoś go zaatakował... zmarł w szpitalu. Dzwoniłam do ciebie. Czemu nie odbierałaś? 
-Byłam zajęta. - powiedziałam. Nie mam zamiaru się tłumaczyć.
-Zawsze byłaś na nas zła. Rozumiem. Ignorowaliśmy cię. Przepraszam... A! Zapomniałabym. Nie odchodź. Twój tata, zostawił dla ciebie list. Napisał go w szpitalu, zanim umarł. - wręczyła mi kartkę.
,,Droga Megan. To już mój koniec. Odchodzę. Zobaczymy się tam, w niebie, jeżeli mnie do niego wpuszczą. Bo dla ciebie, na pewno jest tam miejsce. Pomagałaś innym. Wiele razy byłem z tego powodu dumny. Chociaż nie okazywałem tego. Miałaś problemy w szkole, a my to ignorowaliśmy. Zamiast ciebie wysłuchać, wolałem krzyczeć. Przejmowałem się z matką tylko pracą. Próbowaliśmy dając ci pieniądze, zaspokoić twoje potrzeby. Jednak pieniędzmi nie da się dać miłości. Przepraszam. Dla mnie jest już za późno. Proszę cię tylko, wybacz matce. I w tych trudnych chwilach bądźcie razem. 
Przepraszam cię Meg. 
Kocham
Tata.''
Pobiegłam do pokoju. Płakałam całą noc. Dlaczego? Każdy odchodzi. Zostaję sama. Nie. Mam przecież matkę. Ale.. czy się zmieni? Czy będzie dobrze? Boże, czemu wszystkich zabierasz? Dlaczego wybranych tylko pozostawiasz? Kto mi odpowie na te pytania? Matka zaniedbywała mnie nie mniej niż ojciec, a została. Nic się nie dzieje z przypadku. Ale... dlaczego? Płakałam dalej. Jeszcze przez kilka godzin.

                                Rigby

piątek, 11 lipca 2014

Rozdział 6

Co teraz będzie? Klasa taka pusta. W moim życiu spokojniej nie jest. Ciągle myślę, jak pomóc Mike'owi. On przeżywa to najmocniej. Nie wiem co mam robić. Potrzebuję od kogoś porady, ale od kogo? Czy jest ktoś w moim życiu, komu mogę zaufać? Kto mi doradzi co powinnam zrobić? Nie. W tym tkwi jeden z niezliczonych problemów.
Sobota. Dla wielu, czas odpoczynku, spotkania się ze znajomymi. Dla mnie to czas pełen przemyśleń. Postanowiłam przejść się dzisiaj do bezdomnych, zobaczyć jak sobie radzą. Wypaliłam w domu jointa i poszłam. Ku mojemu zdziwieniu na Gdańskiej nie było mężczyzny któremu pomogłam. Ruszyłam więc w miejsce gdzie spotykał się on z resztą potrzebujących. Ich również nie zastałam. Coś jest nie tak. Przenieśli się? To nie możliwe. Niby gdzie? Zaciszne miejsce. Nikt nie przeszkadza, nikt się nie czepia. Więc gdzie oni są? Postanowiłam spytać się przechodniów czy coś wiedzą na ich temat. A kto by się przejmował takimi szkodnikami? Brzmiały odpowiedzi. Przypominam, że mówi pani o ludziach, pokrzywdzonych przez los. Upominałam, i odchodziłam. To nie są żadni alkoholicy, jak myśli każdy!
Zaczekałam jeszcze godzinę na nich. Jednak dalej ich nie było. Poszłam już w stronę domu. Kiedy przechodziłam obok kościoła, widziałam gromadkę znajomych ludzi. Podeszłam bliżej, to oni!
-Cześć! - spojrzeli na mnie. Z początku nie mogli mnie rozpoznać.
-Ludzie! To Meg! - powiedział mężczyzna z Gdańskiej.
Meg! Witaj! Co u ciebie Meg?  Brzmiały pytania. Na mojej twarzy pojawił się coraz to większy uśmiech. Oni byli szczęśliwi! I to dzięki mnie!
-Wszystko dobrze. A u was? Jak ubrania? Na co przeznaczyliście pieniądze?
-Pozwolicie, że ja powiem? - powiedział w stronę bezdomnych- Otóż kochana Meg, u nas jest coraz lepiej. Pieniądze przeznaczamy na jedzenie. Zaczynamy chodzić do kościoła. Ludzie już tak się na nas nie gapią, dzięki nowym ubraniom od ciebie. Każdy z nas próbuje znaleźć pracę, obojętnie jaką. Co cię tu sprowadza?
-Jestem z was dumna! Zaczynacie brać sprawy w swoje ręce! Wspaniale! Ja chciałam was odwiedzić, zobaczyć jak sobie radzicie, ale nie było was tam gdzie zawsze. Poczekałam, nie wróciliście, to postanowiłam iść w stronę domu. Tak na was napotkałam. - uśmiechnęłam się w ich stronę. - Niestety muszę już iść. Postaram się was jeszcze odwiedzić! Papa!
-Do widzenia! - krzyknęli w moją stronę, jednak ja już poszłam.
                                                                                                   Rigby

czwartek, 10 lipca 2014

Rozdział 5

Nastał ranek. Mimo niechęci poszłam do szkoły, ale pieszo. Nie chciałam spędzać ani trochę czasu  z rodzicami. Od dzisiaj ma być lepiej. Uszykowałam się, zjadłam po raz pierwszy w spokoju śniadanie. Poszłam.
Nie ma Toma. To dziwne. Z jego bandy jest tylko Mike. Minęły już dwie lekcje. Nie ma ich od początku. Coś jest nie tak. Spytam się Mike'a...
- Mike!
- Czego chcesz? - odpowiedział.
- Nic, chciałam się tylko spytać, czemu twoich kolesi nie ma? - powiedziałam głosem normalnym.
- To twoja wina tak?! Wiedziałem! Miałaś powód do zemsty, ale żeby coś takiego zrobić?! - zdenerwował się. W oczach miał łzy.
- Uspokój się. O co ci chodzi? Pytam się bo to dziwne, że ich nie ma.
- Nie udawaj!
- Wytłumaczysz w końcu o co chodzi? Zamiast mnie obwiniać?
- Co? Gazety nie czytałaś? Proszę! - i wręczył mi dzisiejszą gazetę. To co tam przeczytałam, zamurowało mnie...
,,(...) pięciu chłopców w wieku ok.16 lat miało wypadek. Do nieszczęścia doszło w nocy z 6 na 7 lutego. Wszystko wskazuje na to, że nastolatkowie przekroczyli prędkość jadąc samochodem ojca jednego z chłopców, Toma. Wypadli przez most do wody. Utonęli...''
- Mike... - zaczęłam ze spokojem - współczuję.
- Od zawsze ich nienawidziłaś... - obwiniał mnie.
- Ale ja nic nie zrobiłam. Nie życzę innym tego co mi niemiłe. Wierzysz mi?
- Eh.. w sumie to racja. Jakbyś miała to zrobić? Przecież to wypadek... ale nie mogę! Zostałem sam... - poszedł w stronę męskiej łazienki. Po jego twarzy spływały łzy.
Od dzisiaj miało być lepiej. Nie chciałam ich pozbyć się w taki sposób! Marzyłam tylko aby dali mi spokój. Dlaczego więc musieli umrzeć? Najwyraźniej to ich kara. Czemu aż tak surowa? Czemu Mike żyje? Nie, że coś do niego mam, ale on również mi dokuczał, nie mniej od reszty. Dlaczego więc on nie został ukarany? Kto mi odpowie? Eh.. Oby Bóg im wybaczył.
Przez następne lekcje każdy w klasie mówił tylko o nieszczęśliwym wypadku. Współczuję Mike'owi. Teraz on jest sam. Tak jak ja.
                                                              
                                                                        Troszkę smutniejszy :) 
                                                                                                  Rigby

wtorek, 8 lipca 2014

Rozdział 4

Po powrocie do domu, bez zastanowienia wzięłam swoją ciężką skarbonkę i rozbiłam ją młotkiem. Po przeliczeniu było w niej prawie dwa tysiące złotych. Nazbierało to się ze świąt i z kieszonkowego. Nie mam wielkich potrzeb jeśli chodzi o wydatki. Zabrałam to wszystko i ruszyłam do centrum handlowego. Kupiłam wiele produktów spożywczych oraz dużo grubych ubrań. Przecież jest zima. Oni nie mogą marznąć całkowicie już na podwórku w dziurawych ciuchach. Ludzie patrzyli się na mnie jak na wariatkę, bo robiłam coś, co powinien robić każdy - pomagać. Do domu pojechałam taksówką, zapłaciłam resztą pieniędzy. Ledwo co się zabrałam z ciężkimi torbami do domu. Mimo późnej pory rodziców dalej nie było. Wszystkie ubrania popakowałam w porządne worki. Zabrałam się do gotowania obiadu dla bezdomnych. Nie wiem, ile ich jest, jednak są na pewno głodni. Posiłki zostawiłam w garnkach. Jutro z rana je odgrzeję i dam potrzebującym. Obok przyczepiłam karteczkę z wiadomością:
,,Drodzy rodzice, proszę was nie zjedzcie mi owych posiłków. Są dla bezdomnych. Nie. W nic się nie wpakowałam. Ja tylko chcę pomóc. ''
Meg
Zasnęłam. 
***
Po obudzeniu się, miałam lepszy nastrój niż zwykle. Wiedziałam, że dzisiaj nie będę w szkole. Będę robić coś ważniejszego. Będę pomagać. Odgrzałam obiad dla bezdomnych. Nałożyłam go do plastikowych naczyń. Wielokrotnie sprawdziłam czy w torbie mam wystarczającą ilość łyżek, widelców, noży. Zabrałam wszystko ze sobą w przyczepie, i poszłam. 
Bez problemu znalazłam bezdomnego na Gdańskiej. Wręczyłam mu jeszcze ciepły posiłek oraz parę ubrań. Kiedy się ubrał i zjadł, zaprowadził mnie do reszty. Ich również obdarowałam. Na całe szczęście, wszystkim starczyło. Z funduszy na nich zostało mi 100 złotych. Przekazałam je im. 
- Proszę. To dla was. Podzielcie się nimi. Musicie sobie wzajemnie pomagać. - odeszłam - Do zobaczenia!
Na ich twarzach widziałam uśmiech. Wyraźnie chcieli coś powiedzieć, ale nie wiedzieli co. Wróciłam ze spokojem do domu. Tam zastałam rodziców. Dzisiaj są wcześniej.
- Meg, musimy pogadać. - zaczęła matka.
- Tak?
- Dzwonili ze szkoły. Dzisiaj znowu ciebie nie było. Czemu? - mówiła ze spokojem.
- Pomagałam.
- Ta! Już ja widzę jak ty pomagałaś! Gdzie się włóczyłaś?! - pół krzyknął ojciec. 
- Tak. Pomagałam bezdomnym. Kupiłam im ubrania, nakar... 
- No przecież! - przerwał mi - Nie ma po co się uczyć! Zostawiłaś przecie karteczkę z informacją. Bo wolisz gotować obiadki śmierdzącym bezdomnym niż własnym rodzicom! - krzyczał.
Miałam dosyć. Uważają się za najlepszych. Nie widzą moich dobrych uczynków. Oni tylko wytykają błędy. Pobiegłam do pokoju, zamknęłam drzwi. Słuchawki założyłam na uszy. Głośność na maksa i odpręż się. Jutro będzie lepiej. Musi być lepiej.


,,I choć są takie dni, gdy same lecą łzy. I myślisz, że to wszystko to bezsens. Pamiętaj, że to dzięki nim tu jesteś i choć życie bywa trudne to jakże równie jest piękne!'' - Mesajah ,,Tylko raz dane''

                                                          Trochę długi :3        
                                                               Rigby

Rozdział 3

Przez drogę do domu zastanawiałam się. Rozumiem już, do mnie szacunku za grosz nie mają, ale żeby rodziców, którzy im tyle dali, w tym najcenniejszy dar, nazwać ''starymi''? Za co? Większość z nich, nie rozumie co to jest, mieć złych rodziców, a reszty to nie interesuje. Więc dlaczego ich obrażają?

                                                             ***
Wróciłam. Do książek nie zajrzałam. Rodzice znowu wygłosili mi przemowę ''po co trzeba się uczyć'' zachwalając ciągle ich jakże wielkie osiągnięcia. Przytakiwałam głową. Nie mają pojęcia co się w moim życiu dzieje. Poszłam do pokoju. Nakarmiłam swoją sowę. Wzięłam ją na ramię i wyszłyśmy się przejść. Dorie zawsze czuwała blisko mnie. Nigdy nie odchodziła daleko. To mój jedyny przyjaciel.
Spędziłyśmy w lesie kilka godzin. Do domu wróciłam w okolicach 22. Oczywiście, nikt nie zauważył mojej obecności. Zamknęłam Dorie w klatce i założyłam na uszy słuchawki. Nie wiem nawet kiedy zasnęłam.
                                                              ***
Nastał kolejny dzień. Znowu trzeba iść do miejsca nazywanego ''szkołą''. Nie mam zamiaru marnować tam dnia. Nie dzisiaj.
Po uszykowaniu się zeszłam na dół. Cisza. Nikogo nie ma. Rodzice zostawili mi tylko klucze. Zjadłam śniadanie. W torbie miałam parę jointów w skrytce książkowej. Pożegnałam się z Dorie i wyszłam z domu. Od razu wiedziałam gdzie idę, do starej szopy niedaleko parku. Nikt nie wie, że to właśnie tam przesiaduję. Po kilku godzinach postanowiłam się przejść po mieście. Idąc ulicą Gdańską napotkałam na jakiś typków. Czepiali się oni bezdomnego mężczyzny. Skopali go i uciekli. Byłam za daleko, by przegonić bandę. Podbiegłam jednak do poszkodowanego.
- Nic panu nie jest?  - zapytałam ze spokojem.
- Nie...
- Zadzwonię po karetkę i policję...
- Nie! - nie dał mi dokończyć - Niech panienka nigdzie nie dzwoni... Proszę.
- Dlaczego? - nie zrozumiałam jego zachowania.
- Widzisz... oni takich jak ja, nie potraktują lepiej niż tamci łobuzi... Dla nich jestem szkodnikiem...
- Dobrze... Skoro pan nie chce pomocy specjalistów, to niech pan to weźmie. - dałam mu banknot dwudziestozłotowy - Dla pana.
- Nie mogę tego przyjąć.
- Proszę. Będzie pan jutro tutaj? Zna pan jeszcze innych bezdomnych?
- Tak. Będę jutro tutaj. A innych to znam. Mają takie miejsce niedaleko stąd.
- Dobrze. - odeszłam.
- Panienko! - krzyknął mężczyzna. Odkręciłam się. - Dziękuję! - Uśmiechnęłam się w jego stronę, i ruszyłam dalej.

  
                                                                                               Rigby

poniedziałek, 7 lipca 2014

Rozdział 2

Dojechaliśmy pod gimnazjum. Pożegnałam się z rodzicami. Ciężko nazwać to pożegnaniem. Nawet mnie nie słuchali. Rozmawiali tylko o ich firmie. Wysiadłam z auta. Cały czas ze słuchawkami na uszach a w nich moja ulubiona muzyka, dzięki której jeszcze żyję - reggae. Rodzice odjechali. W głowie plątały się tylko myśli, czy może by jednak uciec? Jednak weszłam do szkoły. Siedziałam samotnie i cicho pod klasą dalej słuchając muzyki. Obserwowałam innych uczniów. W głębi duszy miałam nadzieję, że nie będzie Toma oraz przynajmniej części jego bandy. Niestety są. Już na ''dzień dobry'' zaczęło się od ich idiotycznych komentarzy na temat reggae czy rastafari.
- No proszę! Kogoż to diabli niosą? Megan przyszła! - krzyknął Tom.
- Ta,daj już spokój. Ok? - odparłam. Nie chciałam kłótni.
- Ojej, a co jeśli nie przestanę? Co? Naćpasz się i pomyślisz, że po problemie? - powiedział a jego chłoptasie zachichotali.
Wstałam. Mam dość już ciągłego poniżania. I mimo, że Jahwe nakazuje kochać, szanować, to mimo wszelkich starań, ich nie da się kochać. Cóż innego pozostało, jak nie powiedzieć im prosto w twarz, to co ma się na sercu?
- Słuchaj. Mam głęboko w dupie, to co o tym sądzisz. Nie musisz mnie lubić. Zrób tylko przysługę, i spierdalaj z tymi tekścikami. Jasne?
- Ha! A jak nie odejdzie to co ? - odezwał się Mike.
- Nic. Ja tu nie jestem od karania. Tym zajmie się On.
- Hahahah! - zaśmiali się wszyscy i poszli.
Dzwonek na lekcję. Potem przerwę, i tak ciągle. W między czasie, Tom jeszcze się odezwał z tekścikami z internetu, na temat jointów itd. Zignorowałam go. Każdego dnia, staram się zrozumieć coraz więcej. Jednak tego, nigdy nie zrozumiem. Dlaczego oni dokuczając mi, myślą, że są fajni? Wychodząc ze szkoły, Mike krzyknął w moją stronę:
- Starzy bogaci a ty co?! Szczotki do włosów w rękach nie miałaś? Szamponu pewnie też? Hahah!
Nawet dredy im przeszkadzają? Eh... ciekawe ile jeszcze takich będzie w moim życiu?
 

                                                            Trochę dłuższy :3
                                                                             Rigby

Rozdział 1

Zadzwonił budzik. Znowu musiałam iść do szkoły. Do miejsca po którym człowiek wyrasta na jeszcze głupszego. Może by się znowu zerwać? Nie... za dużo już opuściłam. Nie mogę...
Ubrałam się w jeansy, ciemną bluzę, a na głowie miałam długą czapkę w kolorach czerwieni, żółci i zieleni na dredy. Zeszłam niechętnie na dół. Jak zwykle panował w domu chaos. Rodzice śpieszą się do pracy. Muszą skończyć jakieś durne projekty. Gdzie by nie spojrzeć tam ich papiery.
- Cześć. - przywitałam się.
Milczą. Nie zauważyli mnie.
- Emm.. heej! Jestem już! - powiedziałam pół krzykiem.
- Ach, witaj słonko! Jak tam? Mam nadzieje, że dzisiaj nie uciekniesz ze szkoły? - powiedziała z początku delikatnie matka.
- Nie... - odpowiedziałam niechętnie.
- Dosyć już rozmów. Zaraz spóźnimy się do pracy z mamą! Meg zabieraj książki, torbę i do samochodu! - krzyknął ojciec.
- Mogę chociaż kanapki zjeść? Czy znowu mam iść głodna?
- Zjesz w szkole! Bierz je i do samochodu!
Wzięłam kanapki. Rodzice przejmują się tylko pracą. Nie wiedzą nic o moich problemach. Czuję się tak jakbym ich w ogóle nie miała. Oni mają prawo nazywać się moimi rodzicami? Tak. Bo dzięki nim żyję.

                          Mam nadzieję, że Wam się podoba. 
                                       Ciekawi co dalej? C.D.N!
                                                       Rigby 

Informacje

Witam. To jest pierwszy post owego bezsensownego bloga. Znajdują się tutaj wszystkie informacje. To ja może przejdę do szczegółów? 

O redaktorce:

Mówcie mi Słonik lub po prostu  Rigby. Dlaczego? Bo nie przepadam za swym imieniem :) Moje dane osobowe ci nie potrzebne do szczęścia. Co więcej? Słucham głównie polskiego reggae jednak czasem Boba Marleya lub rapu od Grubsona się posłucha :3 Jeśli chcecie cokolwiek więcej wiedzieć to piszcie! Nie lubię opowiadać za bradzo o sobie ;)

O blogu:

Podstawowe pytanie! : Dlaczego bezsensowny? No niech mi ktoś powie że on taki nie jest? 
O czym jest blog? Piszę tu opowiadania. Żadna postać nie jest mną ;) Jak masz jakieś pytania, to zapraszam do komentarzy lub na priv. (mail: ktosieekowyrigby@gmail.com) ;)


                                                       Pozdrawiam :) 
                                                             Rigby