Co teraz będzie? Klasa taka pusta. W moim życiu spokojniej nie jest. Ciągle myślę, jak pomóc Mike'owi. On przeżywa to najmocniej. Nie wiem co mam robić. Potrzebuję od kogoś porady, ale od kogo? Czy jest ktoś w moim życiu, komu mogę zaufać? Kto mi doradzi co powinnam zrobić? Nie. W tym tkwi jeden z niezliczonych problemów.
Sobota. Dla wielu, czas odpoczynku, spotkania się ze znajomymi. Dla mnie to czas pełen przemyśleń. Postanowiłam przejść się dzisiaj do bezdomnych, zobaczyć jak sobie radzą. Wypaliłam w domu jointa i poszłam. Ku mojemu zdziwieniu na Gdańskiej nie było mężczyzny któremu pomogłam. Ruszyłam więc w miejsce gdzie spotykał się on z resztą potrzebujących. Ich również nie zastałam. Coś jest nie tak. Przenieśli się? To nie możliwe. Niby gdzie? Zaciszne miejsce. Nikt nie przeszkadza, nikt się nie czepia. Więc gdzie oni są? Postanowiłam spytać się przechodniów czy coś wiedzą na ich temat. A kto by się przejmował takimi szkodnikami? Brzmiały odpowiedzi. Przypominam, że mówi pani o ludziach, pokrzywdzonych przez los. Upominałam, i odchodziłam. To nie są żadni alkoholicy, jak myśli każdy!
Zaczekałam jeszcze godzinę na nich. Jednak dalej ich nie było. Poszłam już w stronę domu. Kiedy przechodziłam obok kościoła, widziałam gromadkę znajomych ludzi. Podeszłam bliżej, to oni!
-Cześć! - spojrzeli na mnie. Z początku nie mogli mnie rozpoznać.
-Ludzie! To Meg! - powiedział mężczyzna z Gdańskiej.
Meg! Witaj! Co u ciebie Meg? Brzmiały pytania. Na mojej twarzy pojawił się coraz to większy uśmiech. Oni byli szczęśliwi! I to dzięki mnie!
-Wszystko dobrze. A u was? Jak ubrania? Na co przeznaczyliście pieniądze?
-Pozwolicie, że ja powiem? - powiedział w stronę bezdomnych- Otóż kochana Meg, u nas jest coraz lepiej. Pieniądze przeznaczamy na jedzenie. Zaczynamy chodzić do kościoła. Ludzie już tak się na nas nie gapią, dzięki nowym ubraniom od ciebie. Każdy z nas próbuje znaleźć pracę, obojętnie jaką. Co cię tu sprowadza?
-Jestem z was dumna! Zaczynacie brać sprawy w swoje ręce! Wspaniale! Ja chciałam was odwiedzić, zobaczyć jak sobie radzicie, ale nie było was tam gdzie zawsze. Poczekałam, nie wróciliście, to postanowiłam iść w stronę domu. Tak na was napotkałam. - uśmiechnęłam się w ich stronę. - Niestety muszę już iść. Postaram się was jeszcze odwiedzić! Papa!
-Do widzenia! - krzyknęli w moją stronę, jednak ja już poszłam.
Rigby
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz