Przez drogę do domu zastanawiałam się. Rozumiem już, do mnie szacunku za grosz nie mają, ale żeby rodziców, którzy im tyle dali, w tym najcenniejszy dar, nazwać ''starymi''? Za co? Większość z nich, nie rozumie co to jest, mieć złych rodziców, a reszty to nie interesuje. Więc dlaczego ich obrażają?
***
Wróciłam. Do książek nie zajrzałam. Rodzice znowu wygłosili mi przemowę ''po co trzeba się uczyć'' zachwalając ciągle ich jakże wielkie osiągnięcia. Przytakiwałam głową. Nie mają pojęcia co się w moim życiu dzieje. Poszłam do pokoju. Nakarmiłam swoją sowę. Wzięłam ją na ramię i wyszłyśmy się przejść. Dorie zawsze czuwała blisko mnie. Nigdy nie odchodziła daleko. To mój jedyny przyjaciel.
Spędziłyśmy w lesie kilka godzin. Do domu wróciłam w okolicach 22. Oczywiście, nikt nie zauważył mojej obecności. Zamknęłam Dorie w klatce i założyłam na uszy słuchawki. Nie wiem nawet kiedy zasnęłam.
***
Nastał kolejny dzień. Znowu trzeba iść do miejsca nazywanego ''szkołą''. Nie mam zamiaru marnować tam dnia. Nie dzisiaj.
Po uszykowaniu się zeszłam na dół. Cisza. Nikogo nie ma. Rodzice zostawili mi tylko klucze. Zjadłam śniadanie. W torbie miałam parę jointów w skrytce książkowej. Pożegnałam się z Dorie i wyszłam z domu. Od razu wiedziałam gdzie idę, do starej szopy niedaleko parku. Nikt nie wie, że to właśnie tam przesiaduję. Po kilku godzinach postanowiłam się przejść po mieście. Idąc ulicą Gdańską napotkałam na jakiś typków. Czepiali się oni bezdomnego mężczyzny. Skopali go i uciekli. Byłam za daleko, by przegonić bandę. Podbiegłam jednak do poszkodowanego.
- Nic panu nie jest? - zapytałam ze spokojem.
- Nie...
- Zadzwonię po karetkę i policję...
- Nie! - nie dał mi dokończyć - Niech panienka nigdzie nie dzwoni... Proszę.
- Dlaczego? - nie zrozumiałam jego zachowania.
- Widzisz... oni takich jak ja, nie potraktują lepiej niż tamci łobuzi... Dla nich jestem szkodnikiem...
- Dobrze... Skoro pan nie chce pomocy specjalistów, to niech pan to weźmie. - dałam mu banknot dwudziestozłotowy - Dla pana.
- Nie mogę tego przyjąć.
- Proszę. Będzie pan jutro tutaj? Zna pan jeszcze innych bezdomnych?
- Tak. Będę jutro tutaj. A innych to znam. Mają takie miejsce niedaleko stąd.
- Dobrze. - odeszłam.
- Panienko! - krzyknął mężczyzna. Odkręciłam się. - Dziękuję! - Uśmiechnęłam się w jego stronę, i ruszyłam dalej.
Rigby
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz